wtorek, 22 grudnia 2015

10 bzdurnych mitów o rycerzach

Miałem dwa wstępy do tego tekstu. Jeden satryryczno przeintelektualizowany, drugi ironicznie przeintelektualizowany. Ale doszedłem do wniosku, że jakbyście chcieli czytać taki szajs to równie dobrze możecie czytać dowolną gazetę polityczną. Zatem będzie merytorycznie i na temat.

Mimo powszechnego dostępu do sieci oraz wielu miejsc, z których możecie czerpać rzetelną wiedzę o życiu średniowiecznych, co jakiś czas pojawia się artykuł niby to odkrywający jak-było-naprawdę, jednak w rzeczywistości będący kompilacją mitów podkarmianych fantastyką oraz grami komputerowymi (heh, to mi wyszło porządne zdanie złożone :) ). Zazwyczaj gdzieś są poupychane pojedyncze bzdury, jednak ostatnio wypłynął artykuł będący prawdziwą kompilacją mitów i zabobonów związanych z rycerzami.

Sprawdźcie oryginalny tekst:
http://joemonster.org/art/34489/Dlaczego_rycerze_nie_byli_tacy_fajni_jak_sie_nam_wydaje
Swoją drogą już po zdjęciach dołączonych do tekstu powinna się zapalić czerwona lampka ostrzegawcza








Natomiast jeśli nie wszystko wyłapujecie to w rozwinięciu opiszę konkretnie co jest nie tak.



Ten tekst jest kumulacją mitów, które umarły wraz z końcem poprzedniej dekady obecnego millenium w polskim Ruchu Rycerskim. Oczywiście nawroty czkawki się zdarzały, ale były to pojedyncze przypadki. Ale tutaj widzę, że chyba te mity odżyły wraz z niedawno obchodzonym świętem zmarłych i przez miesiąc żerowały na krwi młodych dziewic, by wrócić ze spotęgowaną siłą. Nie widzę innego logicznego wyjaśnienia tej kwestii. A naszym świętym obowiązkiem jest zaorać te maszkarony, nim zdążą się rozmnożyć.

Już sam wstęp jest złowieszczy. Po pierwsze trąci popularną konwencją pogromców mitów - stawiamy tezę, a potem dodajemy "zobacz jak było naprawdę". Jest to o tyle niebezpieczne, że grozi uznaniem autora za osobę kompetentną. Bo skoro obala mit, to znaczy że musi posiadać jakąś wiedzę w temacie, prawda? Po drugie - wojowie są pojęciem zarezerwowanym już dla konkretnej grupy wojowników, także wymienne używanie tych dwóch pojęć jest nadużyciem językowym. Zapewne autor chciał użyć znaczenia słowa "wojownik", ale klimatycznie mu inne lepiej przypasowało. Zresztą zobaczcie sami:
Średniowieczni rycerze uważani są za świetnie wyszkolonych, niepokonanych wojowników. Zajmowali wysoką pozycję w społeczeństwie zarówno w czasie wojny, jak i pokoju, a do dziś czytamy dzieła o dzielnych dżentelmenach zakutych w zbroje. Jednak rycerze tak naprawdę byli okropnymi wojami.
Dla wygody będę wycinał tekst akapitami i go komentował. Kosy naostrzone? Pochodnie rozpalone? Kołki wyciosane? Świetnie, zaczynamy!


talh 4.PNG
Jak widać na tej miniaturze z XV w. rycerze nawet nie wiedzieli jak używać trzymać miecz
#1. Logistyka
W tamtych czasach ogromnym problemem była logistyka - zakwaterowanie i wyżywienie wielkiej armii podczas całej kampanii wojennej. Największym problemem byli oczywiście rycerze. Każdy z nich brał na wojnę dwa konie. Jednego do jazdy, drugiego do walki. Każdy koń miał swojego stajennego. Oczywiście żaden szanujący się rycerz nie ruszał się z domu bez przynajmniej jednego giermka. Czasem lista towarzyszy wojownika liczyła kilkanaście osób. I całe to towarzystwo należało wykarmić i zapewnić nocleg. A walczył jedynie rycerz.
Logistyka rzeczywiście nie była najłatwiejsza. Potrzeba było niemało wysiłku aby zebrać armię z terytorium całego państwa i wysłać ją na wroga. Jednakże nie było to nic przekraczającego możliwości naszych przodków. Wojnę planowało się z wielomiesięcznym (nawet wieloletnim) wyprzedzeniem, by zebrać wymagane zasoby pożywienia, sprzętu, ludzi, itd. Szczerze mówiąc to dzisiaj logistycy mogliby się wiele nauczyć od średniowiecznych. Bo jeśli weźmiemy pod lupę kampanię grunwaldzką, to dowiemy się że rok wcześniej zaczęto wyrąb drzew w puszczy kozienickiej. To drewno posłużyło do zbudowania mostu pontonowego, który spławiono Wisłą dokładnie na czas kiedy był potrzebny. W ciągu trzech dni przeprowadzono niemal 20 tysięcy wojska, po czym most rozebrano i spławiono Wisłą dalej. Nawet w dzisiejszych czasach ten wyczyn budzi podziw i mało, która armia jest w stanie go powtórzyć (o ile w ogóle jakaś).

Ale idźmy dalej - rycerz oczywiście nie ruszał na wojnę sam. W zależności od stopnia zamożności towarzyszyło mu od kilku do kilkudziesięciu ludzi. Przy czym mało który mógł sobie pozwolić na giermka, gdyż giermek był osobą wywodzącą się ze stanu rycerskiego. Bogactwem i wyposażeniem tylko nieznacznie ustępował swojemu opiekunowi. Walczył u jego boku, towarzyszył w misjach dyplomatycznych oraz wielu innych zajęciach, ale na pewno nie czyścił mu konia ani polerował zbroi. Od tego była służba. Za to każdy (z naprawdę nielicznymi wyjątkami) rycerz miał do dyspozycji kilku pocztowych. W skrócie rzecz ujmując - pocztowy to osoba na służbie danego rycerza. Pocztowym był również giermek, aczkolwiek to szczególny przypadek, który już wystarczająco opisałem. Pocztowymi byli również wojownicy gorszego pochodzenia, a więc ze stanu mieszczańskiego (najczęściej). Mogli oni być wyposażeni niemal w identyczne wyposażenie jak pan-rycerz, jednak w praktyce z powodu olbrzymich cen sprzętu różnica była spora i tylko nielicznych było stać na wyposażenie swojej służby w tak specjalistyczny komplet bojowy. Za wyposażenie bojowe pocztowych płacił oczywiście rycerz. Logicznym jest, że ciężkozbrojnych kopijników w przeciętnym poczcie było mniej niż strzelców. Jednostką obrachunkową armii była kopia. Kopia składała się modelowo z jednego kopijnika i dwóch strzelców. Podobnie jak modele mikroekonomiczne rynku, tak model kopii obrachunkowej nie występował w praktyce i był wyłącznie czysto teoretyczny :-) Ale dobrze, przyjmijmy go, żeby wyjaśnić sobie o co chodzi. Przeciętny rycerz ruszał na bój ze swoim pocztem w składzie: rycerz-kopijnik, dwóch strzelców konnych. To daje trzy głowy i trzy konie. Do tego służba obozowa: stajenny, ze kilka osób odpowiedzialnych za ogarnianie bieżących spraw (rozbijanie namiotów, gdyż każdego dnia armia musiała maszerować, drobne naprawy, przygotowywanie posiłków, itp.). Wiadomo, że sam rycerz miał przynajmniej dwa konie - jeden bojowy i podjezdek. Do tego całe te wyposażenie trzeba było jakoś przewieźć, więc i były potrzebne konie pociągowe do wozu. To są bardzo ostrożne szacunki i wątpię by na dłuższą metę tylko tyle osób dało radę ogarnąć obozowisko. Im bogatszy rycerz tym więcej osób mu towarzyszyło. W podróży wojennej przydaje się kucharz, kowal, cyrulik, markietanka i wiele wiele innych profesji. Mówiąc o liczebności średniowiecznych armii, miejcie na uwadze, że podaje się wyłącznie stany konnych wojowników. Bardzo rzadko jest wyszczególniona liczba piechoty, do której nie zaliczano służby obozowej. Inna sprawa, że w razie zagrożenia każdy bronił swojego życia i w taki obóz mógł stanowić jakąś tam liczącą się siłę. Ale główną siłą natarcia były osoby najęte do tego, a więc rycerz i jego pocztowi. Tutaj dochodzimy do kwestii wykarmienia całego towarzystwa. Generalnie rycerze raczej żywili się na własną rękę. Oczywiście korzystali zapewne z królewskich zapasów, ale nie było to ich jedynym źródłem pożywienia. Zresztą znaczną ilość pożywienia na wojnie się dopiero zdobywało. Nie zagłębiając się dalej w ten temat przejdźmy do ostatniego zdania. Na wojnie walczy tylko rycerz. Poza oczywistą nieprawdą, o której już pisałem, to z równą ignorancją możemy napisać, że chociaż czołg potrzebuje również całego zaplecza technicznego to na wojnie walczy jedynie czołg.

#2. Ograniczona służbaCzas służby rycerza różnił się w zależności od tego z jakiego kraju pochodził, ale średnio mieli oni obowiązek odsłużyć 40 dni rocznie. Ograniczało to znacznie zasięg i czas trwania bitwy. Jeśli któryś rycerz nie miał ochoty brać udziału w bitwie, mógł się wymigać i zapłacić pewną sumę pieniędzy. Uważa się, że w XIII-wiecznej Anglii z takiej możliwości skorzystało 80% rycerstwa. I właśnie dlatego zaczęły się zmieniać zwyczaje wojenne i ważną rolę zaczęła odgrywać piechota. W XIV wieku zaczęto zatrudniać najemników i z czasem wojsko składało się prawie w całości z opłacanych wojowników. Posiadali oni dokładnie takie samo uzbrojenie jak rycerze, ale nie mieli tytułu szlacheckiego. Nie marudzili jak rycerze, walczyli dopóki im za to płacono i byli bardziej zdyscyplinowani.
Pomijając już bzdurę o uśrednionej ilości dni (chyba autor czytał o najemnikach i pańszczyźnie i mu się pomyliło jedno z drugim, a potem jeszcze raz), to prawdą jest, że często zasięg ograniczał czy dany rycerz w ogóle wyruszy na daną wojnę. W Polsce średniowiecznej były trzy rodzaje wezwań na wojnę. Nie będę się rozpisywał, więc skrótowo nadmienię, że chodzi oczywiście o skalę wojny. Mała, średnia i duża. Tylko na tą ostatnią mobilizacja dotyczyła wszystkich rycerzy polskich (oraz nie tylko, ale to sobie doczytajcie). Rycerz miał obowiązek stawić się na wezwanie króla wyposażony wedle możliwości, zgodnie z aktualnym dekretem. Wymagania dotyczyły minimalnego wyposażenia. Faktycznie była możliwość uniknięcia "poboru", jednak nie poprzez okup tylko znalezienie zamiennika na swoje miejsce. On oczywiście też podlegał wymaganiom, więc rycerz musiał go odpowiednio wyposażyć. Dopatrywanie się w tej praktyce zmiany sposobów prowadzenia wojen jest zbyt daleko idącym wnioskiem.

Najemników nie zaczęto zatrudniać od XIV wieku. Już Rzymianie najmowali barbarzyńskich wojaków do swojej armii. Na pewno z usług ludzi wyspecjalizowanych w prowadzeniu wojny korzystano jeszcze wcześniej. W każdym razie do dnia dzisiejszego wojska najemne są w użyciu. Najemnicy na ogół byli wyposażeni w gorsze jakościowo uzbrojenie niż rycerze, aczkolwiek i tak nieporównywalnie lepiej niż oddziały uzbrojone z arsenałów miejskich. O dyscyplinie i metodach działań wojsk najemnych się nie wypowiadam, bo znowu za dużo tłumaczenia. W każdym razie uproszczenia i uogólnienia godne polityków.


#3. Byli drodzyRycerz kosztował masę pieniędzy: wypasiona zbroja, kosztowne szaty, najlepsza broń, no i oczywiście świetny rumak. Ekwipunek rycerza w XII wieku kosztował tyle, ile łucznik zarobił w 10 lat. Łucznika dało się odziać i uzbroić za 4% kasy wydawanej na rycerza. Najdroższy był oczywiście koń. Jeśli rycerz lubił walczyć i zgodził się na dłuższą niż 40-dniowa wyprawę, musiano mu płacić dodatkowo. Przynajmniej dwa razy więcej niż innym członkom armii. Dlatego też nie ma się co dziwić, że skoro koszt utrzymania rycerza wynosił tyle co utrzymanie 12 łuczników lub piechurów, władcy stopniowo rezygnowali z usług tych pierwszych.
Rycerz sam sobie kupował uzbrojenie i ciuchy. Król werbując armię nie klikał na koszary, gdzie mu podawano ceny różnych rodzajów wojsk. Tym sposobem obalamy te śmieszne porównanie do ceny wyposażenia łucznika, zwłaszcza że ono również nie podlegało standaryzacji. Koszty sprzętu bojowego były różne i każdy miał to, na co było go stać. W samej kaście rycerzy mogło się ono różnić kilkoma rzędami wielkości. Odnośnie wynagrodzenia rycerskiego to transakcje między stronami były w lwiej części bezgotówkowe, a często i rycerze dokładali do interesu. Na tym zresztą polegał feudalizm (o czym osoba biorąca się za pisanie artykułu o rycerstwie powinna wiedzieć). W skrócie - w zamian za służbę oraz osiągnięcia rycerz otrzymywał od króla nadania ziemskie oraz urzędy, z których czerpał zyski przez cały rok - nie tylko w trakcie wojny. O ile nadania ziemskie były dziedziczone, tak urzędy płynnie przechodziły z rąk do rąk, tworząc swoisty system kariery dworskiej. Oprócz możliwości zwiększenia majątku wiązało się to również z wielkimi wpływami. Czasami korzyści były większe niż pieniądze. Aczkolwiek na karierę dworską robić mogli jedynie nieliczni. Szeregowi rycerze musieli się zadowolić udziałem w łupach z wyprawy. Tutaj albo przez pojmanie w niewolę wrogiego rycerza, który musiał się wykupić. Do tego można było poszerzyć swój majątek o jego wyposażenie z koniem włącznie. Dlatego starano się nie zabijać wojowników stanu szlacheckiego ani ich koni. Drugim sposobem zarabiania na wojnie był recykling, czyli zbieranie wyposażenia z poległych. Także w odróżnieniu od najemników, król nie płacił rycerzom bezpośrednio pieniędzmi. Musiał łożyć na zapasy żywności, broń szybko zużywającą się (dostarczanie kopii, pocisków), logistykę (organizowanie przepraw przez rzeki, budowa obozów), wyposażenie dla innych stanów (każdy chętny mógł ruszyć na wojnę i król zapewniał musiał go dozbroić) oraz inne koszty związane z wyprawą (inżynierowie do machin oblężniczych) - w tym żołd dla najemników.


#4. Przestrzeganie rycerskich ideałów
Na wojnie albo zabijesz, albo zostaniesz zabity, więc nieważne jest jak walczysz, tylko czy przeżyjesz. Rycerze mieli jednak wyidealizowany obraz i wzór zachowań na polu bitwy. Walczyli tylko mieczem, a nie łapali byle czego, co im wpadło w rękę, aby dobić wroga. Honor był dla nich najważniejszy. Jeśli na polu bitwy rycerz poddał się, uznawano jego porażkę i puszczano wolno. Czasem trzymano ich w niewoli, dopóki nie zostali wykupieni. Król Henryk jako pierwszy złamał niepisane zasady i po schwytaniu 2000 francuskich rycerzy nakazał ich zgładzić. Śmierć poniosło wtedy 5 hrabiów, 90 baronów oraz 1560 rycerzy, co oznaczało dla Francji stratę niemal połowy jej stanu szlacheckiego.
Na początek matematyka. 5 hrabiów + 90 baronów + 1560 rycerzy = 1655 ludzi. Gdzie się podziało pozostałe 345 osób stanu szlacheckiego? To dosyć pokaźna siła sama w sobie, więc podciąganie ich pod 2000 jest iście kronikarskim zabiegiem. A teraz do rzeczy. Rycerze oczywiście walczyli różnymi broniami. Główną ich bronią była kopia bądź włócznia. Dopiero po skruszeniu dobywali broni podręcznej (najczęściej miecz albo tasak). Na podstawie ikonografii mamy pełne spektrum uzbrojenia zaczepnego, w tym również toporów (które zapewne autor tekstu uważa za wybitnie niegodne rycerza), buław, łuków czy broni palnej. Honor był najważniejszy, ale nie dla każdego rycerza. Odnośnie zabijania rycerzy, to jak pisałem powyżej - zwyczajnie się to nie opłacało finansowo. Starano się tego nie robić, choć czasem były ważniejsze rzeczy niż kasa.


folio 62.jpg
Jak widać na załączonym obrazku rycerze walczyli tylko mieczami
#5. Słabe dowodzenieRycerze to tak naprawdę nie wyszkoleni wojskowi, tylko szukający sławy szlachcice. Rycerze rzucali się w wir walki nie mając pojęcia o tym z kim i w jakim terenie będą walczyć. Każdy z nich dowodził swoją grupką ludzi i każdy z nich miał swój pomysł na to, jak przeprowadzić atak. Dlatego też bardzo często dochodziło do sprzeczek między rycerzami. Kłótnia pomiędzy Gilbertem de Clare a Humphreyem de Bohun doprowadziła do przegrania bitwy pod Bannockburn w 1314. Uparciuch Jan Luksemburski, ślepy król Czech, kazał się zaprowadzić na pole bitwy pod Crecy, aby mógł osobiście zabić jakiegoś wroga. Oczywiście na polu bitwy zginął Jan i jego orszak.

No no, klasyka gatunku. Bo każdy wie, że szlachcice to warchoły i pijanice. Czy nie wydaje się wam idiotyczne wydawanie naprawdę ogromnych pieniędzy na wyposażenie tylko dla lansu, nie mając zupełnie wiedzy jak jego użyć? To tak jakby ktoś sobie kupił zderzać hadronów, bo miał taką fantazję. Znowu wychodzi brak wiedzy o feudalizmie. W tym systemie wytworzono specjalną kastę, która specjalizowała się w wojaczce. Ich jedynym obowiązkiem było czekanie na wezwanie swojego przełożonego. Wszelkie inne aktywności były wykonywane dodatkowo. Zgadnijcie jak się ta grupa społeczna nazywała. Ktoś coś?

Brawo, chodzi właśnie o rycerzy. Twierdzenie, że rycerze nie potrafili walczyć, nie znali się na taktyce, ani nie potrafili nawet zidentyfikować przeciwnika, z którym walczą to mniej więcej tak jakby powiedzieć, że kierowcy formuły I jeżdżą w zasadzie dla lansu i szampana, bo co oni tam wiedzą o prawdziwym prowadzeniu auta. Powiedzmy to wprost, by rozwiać wszelkie wątpliwości. Rycerze byli mistrzami pola bitwy. Doskonale wyszkoleni i wyposażeni byli śmiertelnie skuteczną maszyną do zabijania. Ale pamiętajcie, że byli tylko ludźmi i również popełniali błędy, unosili się pychą i walczyli między sobą o władze. Czołg również czasem może się zepsuć.

Odnośnie Jana Luksemburskiego, króla również i Polski, napisałem tekst na blogu. Niby fakty te same, a zobaczcie jak różni się odbiór.


#6. Brak jednolitego treninguRycerze latami ćwiczyli jazdę konną, walkę w zbroi i posługiwanie się różnymi rodzajami broni. Podczas pokoju brali udział w turniejach, aby utrzymać formę i mieć kontakt z prawdziwymi przeciwnikami. Jednak każdy ćwiczył tak jak chciał, nie było żadnych odgórnych wytycznych jakie umiejętności każdy rycerz powinien opanować. Skutkiem tej samowolki było to, że gdy rycerze znaleźli się razem na polu bitwy, praktycznie każdy z nich miał inny styl i potencjał. To stawiało ich na przegranej pozycji gdy ich wrogiem byli na przykład szwajcarscy pikinierzy, którzy systematycznie ćwiczyli razem skomplikowane operacje taktyczne. Ludzie ci potrafili ze sobą współpracować, słuchali i bezbłędnie wykonywali rozkazy.

Chwila, chwila. Przecież w poprzednim akapicie było, że "Rycerze to tak naprawdę nie wyszkoleni wojskowi, tylko szukający sławy szlachcice (...)" itd. A jeszcze wcześniej, że "Walczyli tylko mieczem, a nie łapali byle czego, co im wpadło w rękę, (...)" itd. Co przez te kilka minut się zmieniło? 

Prawdą jest, że w średniowieczu nie było unifikacji. Każdy ćwiczył to co uznał za potrzebne. Jednakże wywnioskowanie z tego, że nie byli wyszkoleni jest totalnym niezrozumieniem tematu. Przede wszystkim stan szlachecki było stać na opłacenie najlepszych nauczycieli w celu pobierania indywidualnych zajęć. Odbywali wspólne manewry ze sobą i ciągle ćwiczyli swoje umiejętności (np. na turniejach rycerskich). Piechota zawodowa była również szkolona, ale na dużo gorszym poziomie. Jeśli chcemy porównywać te formacje to najbardziej obrazowo będzie zestawienie komandosów GROMu (rycerzy) z poborowymi żołnierzami WP. Niby to samo, ale nie do końca... Pozostanę przy twierdzeniu, że to jednak pikinierzy są na przegranej pozycji (to nie gra komputerowa!). Biedacy mogą tylko się ufotryfikować w jednym miejscu i liczyć, że akurat tam zaatakuje jazda.


#7. Praca zespołowaOrganizacja i dyscyplina to najważniejsze rzeczy w sztuce wojennej. Dlatego właśnie armia rzymska była najlepszą armią. Rycerze byli jednak indywidualistami i walczyli na własną rękę jak im w duszy grało. Rycerze mieszkali w różnych częściach kraju, rzadko zdarzało się, żeby walczyli razem w tych samych bitwach, dlatego też nie mieli szans na wspólne treningi i współpracę. Oczywiście były wyjątki, rycerze, którzy walczyli razem w kilkunastu bitwach po pewnym czasie tworzyli zgraną ekipę, która świetnie sobie radziła.

Gdyby rycerze walczyli jak im się podoba to szybko by zostali zabici przez wroga. Tak było za każdym razem gdy rozbijano szyki (a więc zorganizowane formacje) i taki był cel bitwy. Rozbić szyki wroga i go wyciąć zanim się zorganizuje. Tak było na przykład pod Grunwaldem. I teraz przychodzi gość i mówi, że takie luźne niezorganizowane patatajstwo ma kogokolwiek pokonać. Gdzie w tym sens? Tak jak pisałem powyżej - rycerze byli doskonale wyszkoleni w taktyce. Jeżeli nie pokonają przeciwnika to nie będzie łupów wojennych, czyli dołożą do interesu. A straty mogą być jeszcze większe jeśli ktoś ich pojmie w niewolę i będzie trzeba płacić okup. Poza tym przy takiej wesołej, beztroskiej hulance można zginąć. Na jakiej podstawie autor założył, że rycerze byli skończonymi idiotami?

Wyjątek, który dopuszczał odłączenie się rycerza od swojego oddziału był pojedynek rycerski. W trakcie bitwy rycerze mogli samojeden natrzeć na siebie i nikt inny nie miał prawa im się wtrącać. Niemniej jednak taka praktyka rzadko miała miejsce.


#8. TerenRycerze byli świetnymi jeźdźcami i posiadali równie świetne wierzchowce. Jednak często bitwy toczyły się w lasach, górach czy też na podmokłym, bagiennym terenie, gdzie konie nie radziły sobie najlepiej, a rycerze byli mniej skuteczni. Szkoci wygrali bitwę pod Bannockburn głównie dzięki temu, że teren był bagnisty, a dodatkowo wykopali zawczasu mnóstwo dołów, na których konie łamały sobie nogi. Gdy atakowani dobrze wybrali pole walki i tam rozmieścili swoje wojska zdarzało się, że rycerze nawet nie zdążyli dojechać do linii frontu, gdy już bitwa była zakończona przez piechurów.

Wykorzystanie terenu, elementu zaskoczenia, zasadzki to odwieczne elementy taktyki, które już Sun Tzu opisywał. Jasnym jest, że jeśli chcesz pokonać mocniejszego wroga to musisz wykorzystać wszystko co może dać przewagę. Trzeba jego zalety przemienić w wady. Odnosząc się do czołgu, to średnio sobie one radzą w terenie gęstych zabudowań miejskich. Jest wiele okien, z których można się na chwilę wychylić, by oddać strzał z granatnika i się schować. Także oczywista oczywistość.


#9. Łucznicy
Łucznicy byli najgorszymi wrogami rycerzy. Doświadczony łucznik potrafił z odległości 180 metrów trafić do celu wypuszczając 12 strzał na minutę. Strzały z łatwością przebijały kolczugi chroniące rycerzy. Po wprowadzeniu zbroi płytowych trudniej było ubić rycerza z łuku, ale nie było to niemożliwe. Łucznicy strzelali wtedy do większego celu, czyli konia. Rycerze aż tak nienawidzili łuczników, że nazywali ich tchórzami, a łuk i strzały według nich nie były honorową bronią. Rycerze próbowali nawet zdelegalizowania kusz na przełomie XI i XII wieku.

Cały akapit o łucznikach i ostatnie zdanie o kuszy :-) A tej zabronić chciał (i zabronił) papież, nie zaś sami rycerze. No i ten zakaz wszyscy mieli w d... nosie. Faktem jest, że broń, którą przeciwnik może zabić z daleka zawsze budziła strach i nienawiść. Tak samo jest dzisiaj ze snajperami.

Odnośnie siły rażenia oraz zasięgu łuku, dane są mocno bajeczne. 180 metrów? Wchodzimy na wikipedię, wpisujemy kałasznikow i mamy: "Zasięg skuteczny: ok. 150 m (serie)". I ktoś naprawdę wierzy, że wypuszczając strzałę co pięć sekund z łuku (to akurat jest możliwe) ma się lepszą celność niż z karabinka AK? SERIO?! Ludzie kochani... Taki zasięg to może być co najwyżej maksymalnym, i to wyłącznie z łuków walijskich o dużym naciągu. Przy skuteczności strzału zmierzającej do "0+".

A teraz o skuteczności. Tu autor jest troszkę usprawiedliwiony, bo rzeczywiście ilość legend krążących na ten temat jest spora, a wynikają one głównie z niedoprecyzowania. Jeżeli mówimy o skuteczności tej broni na początku XV wieku (bitwy takie jak Grunwald czy Azincourt) względem zbroi rycerskiej to skuteczność jest znikoma. Strzały wystrzelone z przeciętnego łuku używanego w tamtym okresie z trudem penetrują kolczugę. Już z czasów pierwszej krucjaty zachował się zapis, że krzyżowcy byli tak nafaszerowani strzałami Saracenów, że wyglądali jak jeże, ale nic sobie z tego nie robili. To co dopiero mogły zrobić rycerzowi trzysta lat później w dużo doskonalszej zbroi? Ano niewiele. Wyjątkiem jest tutaj łuk walijski o wielkim naciągu, który był w stanie spenetrować pancerz płytowy. Tak czy siak łatwiej unieszkodliwić rycerza poprzez zabicie jego wierzchowca niż przebicie zbroi. I w tym aspekcie łucznicy faktycznie mogli być skuteczni, jak dowiodła temu bitwa pod Azincourt. Zapewne przejdzie wam przez myśl - "jak to do koni? Przecież chwilę temu inaczej pisałem." To prawda, tylko że wtedy pisałem z perspektywy rycerza. Będąc łucznikiem (czy ogólniej - piechociarzem) udział w łupie przypada względnie marny (chociaż i tak warty ryzyka). Łucznik nie ma służby, która po bitwie zajmie się zbieraniem łupów. Nikt mu ich nie przypilnuje i nie będzie nosił. Zwykły łucznik nie ma również wozu, na którym mógłby gromadzić skarby. No i na pewno nie ma szczególnego interesu w zdobywaniu konia przeciwnika, bo jeśli nawet takowego złapie to co z nim zrobi? Także uwzględniając te fakty oraz dodając sytuację bardzo realnego zagrożenia życia, łucznik nie wahał się ani sekundy w tej kwestii.


#10. Piechota mogła ich pokonaćŁucznicy byli groźni, ale prawdziwym zagrożeniem dla rycerzy była wyćwiczona piechota. Początkowo nie mieli z nimi problemu, ponieważ w piechocie służyli wieśniacy i zwykli obywatele chcący zarobić parę groszy. Była to po prostu zwykła zbieranina przypadkowych ludzi. Z czasem piechota zaczęła się składać z profesjonalistów uzbrojonych w piki i inną broń. Konie nie były na tyle głupie, aby szarżować na ostre dzidy i wolały zwiać w drugą stronę. Najlepszą piechotę mieli Szwajcarzy, który zbroili swoich wojowników w piki i halabardy i ćwiczyli skomplikowane manewry. Szwajcarów kojarzymy z serami i zegarkami, ale to oni dokładnie przestudiowali słabości rycerzy i zrewolucjonizowali sztukę wojenną w tamtych czasach.

Tak jak już pisałem. Piechota profesjonalna i amatorska były od zarania dziejów. Nie było więc tak, że nagle coś się zmieniło. Po prostu rozwój technologiczny oraz myśli wojskowej spowodował, że piechota mogła coraz bardziej skutecznie walczyć z konnicą. Chociaż sytuację nadal bym porównał do naszego ulubionego przykładu z czołgiem. Talibowie są w stanie zniszczyć czołg amerykanom, chociaż w praktyce to kosztuje bardzo wielu ludzi. Ale się udaje czasem.

A odpowiednio wyszkolony koń jest w stanie szarżować na wszystko. Kolejny raz wychodzi niezrozumienie realiów epoki przez autora tekstu. Bo i Szwajcaria to kraj, w którym jakoś tak trudno się walczy konno, więc rozwój piechoty nie powinien być żadnym zaskoczeniem.


bitwa morska.jpg
Ciekawe jakby autor artykułu skomentował taką sytuację...

Dla mnie to jest zdumiewające. Po pierwsze, aby zdobyć wiedzę na każde z tych zagadnień wystarczy kilkanaście minut poświęcić na przeszukiwanie sieci. Na prawdę, ostatnie lata obrodziły w dosyć sporą ilość całkiem rzetelnych informacji na ten temat. 

Druga sprawa to warsztat pisarski autora. A w zasadzie jego brak. Podpada mi to pod pracę domową w szkole średniej. Kardynalnym błędem jest stawianie sprzecznych ze sobą teorii na udowodnienie wstępnej tezy. Już za samą taką akcję (nawet jeśli reszta byłaby doskonale dopieszczona) moja polonistka z liceum by mnie zjadła na śniadanie. A dlaczego się tak tego czepiam? Nawet totalny laik zauważy, że coś tu nie gra, co podważa całą wartość merytoryczną artykułu (zresztą w tym przypadku jak najbardziej zasłużenie).

Ale to nic. Najważniejszą rzeczą każdego naukowego artykułu jest źródło wiedzy, z którego autor czerpał pełnymi garściami. W tym przypadku susza. Możemy się tylko domyślać - osobiście obstawiam gry komputerowe i głupkowate programy na discovery.

Przy okazji pozwolę sobie wtrącić, że sam mam mieszane podejście do podawania bibliografii w artykułach jeśli chodzi o blogowanie. Przede wszystkim blog to nie platforma edukacyjna (choć bywa, że wartością merytoryczną mogą reprezentować równy poziom). Po drugie i tak nikt nie sprawdza podawanej przez blogera wiedzy w wymienionych przezeń pozycjach. Aczkolwiek z drugiej strony spróbuj nie podać bibliografii to zaraz ktoś w komentarzu o nie poprosi. Ot przewrotność internetu.

W każdym razie dobrą metodą sprawdzenia czy autor rzeczywiście ma pojęcie o czym nabazgrał jest pytanie o źródła właśnie. Takie swoiste "sprawdzam" w pokerze. Jeśli artykuł jest wyssany z palca to grafoman będzie się migał od odpowiedzi, rzucał ogólniki i powoływał się na wiedzę ogólną, czy też mądrość ludową. Także pytajcie bez litości.

A skąd ja biorę wiedzę? Oczywiście są to w dużej mierze publikacje, o których wspominam co jakiś czas na blogu. Są to książki (miejscami już nieaktualne) klasyków polskiej archeologii (np. Nadolski, Kajzer, Nowakowski, Marek) jak i historii (Biskup, Grabarczyk, Samsonowicz). Używam również dorobku zagranicznych badaczy (Thordeman, Baber, Thursfield). Korzystam z publikacji młodszych pokoleń naukowców (P.A.Nowakowski, Michalak, Kotowicz, Drążkowska, Grupa), roczników gdańskich, artykułów internetowych (w tym innych blogerów). Również ważne dla mnie jest zdanie kolegów-praktyków ze sceny rekonstrukcyjnej. Często doszli już do spostrzeżeń, których jeszcze nie opisano w mądrych książkach. Korzystam również ze średniowiecznych manuskryptów, przeglądam zachowane do dzisiaj nagrobki i rzeźby. Oprócz tego sam jestem praktykiem i eksperymentatorem, a o wynikach niektórych z moich doświadczeń możecie czytać na blogu.

Nie gardzę żadnym źródłem wiedzy. Nawet u Michałka można znaleźć coś ciekawego, jeśli się ostrożnie podejdzie tematu. Również artykuł bez podanej bibliografii może być rzetelny, jednak zazwyczaj takie szufladkuję jako “do zweryfikowania”. Aczkolwiek na drugim końcu kija są powszechnie szanowani naukowcy, którzy popełniają straszne babole. Mi też się zdarza zmienić zdanie. Dotrę do nieznanej mi publikacji albo spotkam kogoś mądrego. Czasem mi wstyd jak czytam stare teksty (spokojnie już poprawiłem :-D). Ale sęk w tym, żeby się rozwijać i zdobywać nową wiedzę. Nie boję się pytań i na każde zdanie mam podparcie. Także walcie śmiało.

Oczywiście to nie wszystkie źródła, którymi dysponuję. Żeby je wymienić potrzebowałbym naprawdę dużo czasu i miejsca. I w sumie po co? Śledźcie bloga to z czasem - mam nadzieję - uda się utworzyć pokaźną bazę danych.

Jeżeli szukacie rzetelnej, merytorycznej wiedzy zasubskrybujcie bloga i śledźcie aktualności na FB i nie szukajcie jej w bzdurnych artykułach w internecie :-)


Źródła

7 komentarzy:

  1. Ja tylko odnośnie Szwajcarów - napisałeś że pikinierzy mogli się tylko okopać i czekać na kawalerię. Akurat Szwajcarzy raczej nie czekali tylko atakowali "z marszu" czy to piechotę czy konnicę co w znacznej mierze stanowiło o ich sukcesie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie pisałem konkretnie o Szwajcarach, ale to nie ma znaczenia. Na temat walki piechoty z konnicą możnaby doktorat napisać i jest to sprawa zbyt skomplikowana, by można to w kilku zdaniach wyczerpać temat. Dużo różnych czynników ma wpływ na przebieg takiego starcia, ale mi chodziło o podkreślenie, że to piechota jest z reguły na gorszej pozycji.

      Usuń
    2. Bzdura. Piechota uzbrojona stricte do walki wręcz wygrywała większość takich starć. Nawet pod Hastings - w bitwie która jest uważana za początek ery dominacji kawalerii - sama kawaleria nie miałaby szans z piechotą bez wsparcia własnych formacji pieszych. Wybitni stratedzy tacy jak Carl von Clausewitz potwierdzają to prosto i dosadnie w swoich traktatach. Wspomniany opisuje właśnie piechotę jako najbardziej uniwersalną formację i najbardziej wartościową, posługując się także przykładami z średniowiecza. Fakt - kawaleria rycerska miała dużą siłę uderzenia, jednak brakowało jej mobilności by odpowiednio szybko wyprowadzić kontrę która w wykonaniu piechoty była znacznie mocniejsza gdyż ta formacja jest nasycona dużą ilością broni drzewcowej o imponującej sile uderzeń. Nawet flamandowie, którzy byli dość miernymi piechurami, dawali sobie radę z francuską kawalerią rycerską i nie tylko w bitwie pod Courtrai, ale w wielu innych, rycerstwo francuskie po prostu nie chciało szarżować na formacje flamandów. Fakt, artykuł który przedstawiłeś to niebezpieczna pół prawda i nieco stek bzdur, ale Twoje spojrzenie na zagadnienia wojskowości też są dalekie od prawdy. Klasyczne rycerstwo feudalne bywało bardzo słabo zdyscyplinowane - wystarczy poczytać o zwyczajach rycerzy podczas krucjat przeciwko husytom, albo o walkach na Bałkanach przeciwko Turkom. Nie zamierzam tutaj pisać bzdur że kawaleria rycerska była bezużyteczna, ale stawianie jej ponad piechotą na tych płaszczyznach, jest po prostu... po prostu mija się z prawdą.

      Druga sprawa - gdyby poziom wyszkolenia piechurów był taki marny, nawet przy swoim uzbrojeniu zaczepnym, po prostu przegrywaliby niemal każdą walkę. Fakt, rycerstwo mogło pozwolić sobie na nauczycieli fechtunku, ale jak to ludzie, nie zawsze byli nieomylni. Widać to po niektórych traktatach - niektóre ruchy zakładają wręcz bierność przeciwnika, że będzie stał jak kołek, podczas wykonywania traktatowej kombinacji, albo że na pewno będzie się bronił w taki a nie inny sposób.
      https://www.youtube.com/watch?v=gTVC25hYJaY
      Jestem pewien że zauważysz o jakie 'momenty' mi chodzi.
      Formacje piechoty też regularnie ćwiczyły walkę, tutaj posłużę się przykładem... Włoskich Milicji Miejskich z II Połowy XIII i początków XIV wieku.

      Twoje spojrzenie na piechotę też jest w pewien sposób oderwane od rzeczywistości, podobnie jak autora tamtego artykułu o rzekomej bezużyteczności rycerzy.

      Usuń
    3. * jednak brakowało jej mobilności by odpowiednio szybko odskoczyć nim piechota wyprowadzi kontrę. - Skasowałem część zdania i jakieś farfocle mi się wkradły.

      Usuń
    4. Dzięki za polemikę, zatem odbijam piłeczkę :-)
      Jednej rzeczy, której nie wziąłeś pod uwagę to konktekst. Przede wszystkim ja pisałem o polskim rycerstwie i o polskich warunkach, a nie o ciasnym zachodzie. Różnica jest taka, że u nas jest dużo miejsca do manewrowania koniem, bo mamy pola, a nie ciasne górskie ścieżki jak w np. w Italii czy Szwajcarii. Bitwy rozgrywały się na hektarach (m.in. wspominany często Grunwald, Płowce, Koronowo). Nie dogonisz konia biegnąc. Oprócz tego koń to nie jelcz i można nim manewrować w miejscu. Nadal chcesz mi powiedzieć, że to kawaleria jest niemobilna, a piechota tak? Piechota ma przewagę mobilności wyłącznie (podkreślam!) na bardzo ciasnym odcinku (do kilkunastu metrów). Śledź bloga - za jakiś czas zrobię materiał wideo i zobaczymy co wyjdzie.

      O znaczeniu piechoty napiszę tyle, że dla polskich królów miała tak małe znaczenie, że często w spisach armii była zupełnie pomijana, a doszukać się jakiś konkretnych liczb to prawdziwa sztuka. Lepiej miała się sytuacja w państwie zakonnym, aczkolwiek różnica wynikała głównie z tego, że to zupełnie inna piechota - z reguły zaciężna. Za niemałą kasą. Także i rachunek był potrzebny. Zerknij przekrojowo aż do rozbiorów. U nas piechota była zawsze marginalizowana, a mimo tego byliśmy przez 300 lat największym państwem europejskim. Zdrowy rozsądek podpowiada, że skoro bazując głównie na kawalerii osiągneliśmy coś takiego, to nie mogła być ona taka zupełnie do pupy. Z drugiej strony nie twierdzę bynajmniej, że samą konnicą świat zawojowaliśmy.

      Zgoda co do tego, że piechota jest najbardziej uniwersalną jednostką. Nigdzie nie pisałem, że jest inaczej. Nie twierdziłem, że poziom wyszkolenia piechoty zawsze był marny.

      Odnośnie dyscypliny to również temat rzeka. Pozostanę przy teorii, że ogólnie poziom wśród rycerstwa jest był wyższy. Nie brakowała w historii sytuacji, że rycerze pozbawieni silnego lidera zajmowali się walką o własne wpływy zamiast skupić na głównym celu danej wyprawy, czy ruszali na nią zupełnie bez motywacji (jak było w przypadku krucjaty na Czechy, o której wspominiałeś). Różnica jest taka, że o ile to były nieliczne wyjątki, tak znajdziemy w kronikach nieliczne wzmianki o tym, że piechota była dużo bardziej zdyscyplinowana. Także jeśli chcemy mówić o prawdzie to mówmy o normie, a nie o wyjątkach.

      O nauce fechtunku. Głównym targetem usług różnej maści mistrzów szermierki (często szarlatanów) byli mieszczanie. Uczęszczanie do szkoły fechtunku było po prostu modne, tak jak dziś jest modne trenowanie sportów sztuk walki. Często to nie miało z prawdziwą walką wiele wspólnego - jak dzisiaj karate nie ma. Niby można jakieś tam ciosy zastosować, ale nie do końca to tak działa. Aczkolwiek nie mogę przejść obok stwierdzenia, że traktaty zakładają bierność przeciwnika, bo tu z kolei musze mojejmu rozmówcy zarzucić niezrozumienie istosty rzeczy bo widać, że wiedza jest. Takie założenie jest rozbieżne z realiami walki, jaki więc sens je zapisywać w podręczniku do tejżej? Ano żaden. Zatem możemy założyć, że to nie jest odwzorowanie realiów. Należy interpretować te tablice jako możliwości wykonania danych ataków. A zazwyczaj na kolejnej tablicy jest pokazane jak należy skontrować taką technikę. Zatem to nie zamknięte gotowe remedia na wygranie walki, a omówienie teoretycznym możliwości w konkretnej sytuacji.

      Usuń
    5. Watrwalam do tego miejsca ...
      i zamdlilo mi od tych szczegolow...

      Szkoda, ze nie napisles jak wygladala walka pod Grunwaldem,bo tego wlasciwie u Ciebie szukalam.

      Na zachdzie smieja sie z tych Sienkiewiczowskich - barbazynskich porownan zywcem wyciagnietych ze wschodu...dokladniej mowiac z taktyk zydow chazarskich, ktorzy w owczesnym czasie byli najbardziej barbarzynscy...
      ... co tez tlumaczy ich przybycie z Azji Srodkowej i to, ze nawet tam jako
      "LUDY UGROFINSKIE" byli tymi najbardziej agresywnymi i barbarzynskimi - nawet dla swiata azjatyckiego, przez co ich stamtad ludy oscienne wypedzily w kierunku europyy.

      DLAMNIE KTOS TAKI NIE JEST JUZ OBIEKTYWNY I BYC TEZ NIE MOZE !
      Kto pisze tylko ladnie o tych ktorych lubi,a brzydko i ponizajaco o tych,ktorych nielubil a nawet nienawidzi ...bo mu nie wyszlo z kobieta,
      tak jak Sienkiewicz znienawidzil niemcow lacznnie z Krzyzakami i wybral sobie jako zrodlo informacji kogos,kto nienawidzil przynajmniej tak samo jak on.

      Opis walki w "Ogniem i Mieczem"
      (przepraszam jezeli zle napisalam tytul)
      gdzie odbywaly sie one na poziomie barbazyncow z czasow epoki kamienia lupanego...zywcem sa sciagiete z metod chazarskich..wiadomo, ze to musieli byc dllaniego swojaki.
      H.Sienkiewicz wykorzystal to barbarzynstwo i niemal tak samo-z mala roznica opisal walke pod Grunwaldem w Krzyzakach .
      Piszac same wymyslone przez siebie brednie,przez ktore tylko w swiecie literackim sie osmieszyl...tylko u zydow jest wazne co o ni sami napisza,nie liczac sie z nikim zupelnie tak,jakby gdzieinndziej nie bylo juz zadnych historykow.
      Pomijam juz to,ze prymitywne jest kierowanie sie glownie emocjami a nie faktami,gdy chodzi o Historie!
      SZCZEGOLNIE GDY ROZNICE SA AZ TAK RAZACE!
      Bowiem podczas walk pod Grunwaldem nie byo prawie wcale zadnych ofiar.
      A o godz.15°° robili przerwe na gyla..a w niedziele byla Msza Swieta dla wszystkich...
      CO CHOLOCIE NIE MOZE ZMIESCIC SIE W GLOWIE !

      Widac jak na dloni,kto wciaz jeszcze w Polsce rzadzi i co sie promuje...

      JA ROZUMIEM,ZE KAZDY WOLI PROMOWAC SWOICH - ALE SA JAKIES GRANICE TOLERANCJI I DOBREGO SMAKU!

      P O L S K O
      TY WROC DO SWOJEGO WLASNEGO BOGA-BO ZESZLAS JUZ NA PSY ! ! !

      Podobno nie gardzisz zadnym zrodlem wiedzy ...
      ZAAKCEPTUJ WIEC,ZE WSZEDZIE INDZIEJ KLAMIA!

      "K R Z Y Z A C Y" cz.l
      https://youtu.be/j-PPYGsFZ3U


      "K R Z Y Z A C Y" cz.ll
      https://youtu.be/BAGBPBj0ytE


      pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  2. Zrobiłeś ten błąd tylko, że nie wziąłeś pod uwagę najprostszego faktu - artykuł, do którego się odnosisz był zwyczajnie niezgrabnym tłumaczeniem zachodniego. Więc niejako nie do tego autora się odnosisz i nie do końca do tych samych sformułowań ;)

    OdpowiedzUsuń