czwartek, 27 sierpnia 2015

Ręczna broń palna w średniowieczu

Obfitym polem mitów funkcjonujących w popkulturze jest średniowieczna broń palna. Że droga, że nieskuteczna, że wadliwa, że syf, kiła i mogiła. Zwłaszcza te podręczne egzemplarze. Skoro to wszystko prawda, to dlaczego w ciągu zaledwie stu lat, ręczna broń palna niemal całkowicie wyparła inne rodzaje ręcznej broni dystansowej?

Göttinger MS Philos. 63 Bellifortis 1405 Niemcy 2.jpg
Chłopaki! Odpalam!
Sponsorem dzisiejszego wpisu jest Piotr Chlebowicz, który udostępnił mi swoją pracę pt. “Ręczna broń palna w średniowieczu”. Bardzo ciekawa pozycja, w której autor wziął na warsztat repliki broni oraz przetestował ich skuteczność w różnych warunkach i założeniach. Dzięki wielkie Piotr!


Rys historyczny

Proch strzelniczy dotarł do Europy z Chin za sprawą Marka z Pola. Tak niesie wieść gminna, jak było naprawdę nie wiadomo. Dopiero w Europie, z racji specyficznej mentalności panującej na Starym Kontynencie, wymyślono jak przy jego użytku można zrobić bliźniemu krzywdę. Wynalazek ten zmienił oblicze ludzkości. Nagle zupełnie bezsensowne stało się budowanie wielkich i potężnych zamków, gdyż byle hałastra może w przeciągu kilku minut obrócić zamek w gruz. Zmieniło to również wiele innych rzeczy, ale wpis nie o tym.
W czternastym stuleciu broń czarnoprochowa szybko zyskała popularność w całej Europie. W Polsce też. Wiele osób zapewne kojarzy użycie bombard z bitwą pod Grunwaldem. Rzeczywiście, to była pierwsza bitwa podczas której użyto artylerii w polu z pisemnym potwierdzeniem. Ze skutkiem zerowym - jak zresztą relacjonuje Jan Długosz. Ale broń czarnoprochowa była u nas już wcześniej. Pierwsza wzmianka pochodzi z końca XIV wieku, z roku 1383 podczas oblężenia Pyzdr.

Warto nadmienić, że już wtedy zdarzenie zostało opisane jako coś normalnego, bez zwracania szczególnej uwagi na rangę wydarzenia. Ta poszlaka pozwala wywnioskować, że broń prochowa była w powszechnym użyciu i nie budziła zdziwienia na polu bitwy, czyli już od wielu lat musiała być w użytku. Pierwsze egzemplarze musiały trafić do użytku kilkadziesiąt lat wcześniej. Tym samym obalamy mit o zacofaniu polskich wojsk.

Broń palna miała wiele wad w początkach swego istnienia. Jedną z nich był transport i zaplecze logistyczne. Ciężko określić kto i kiedy wpadł na pomysł, żeby ją pomniejszyć na tyle, by wziąć w łapy i odpalić. Takie następstwo wydaje się być naturalną koleją rzeczy. Nasuwają się pytania czy taki pomysł miał rację bytu?

Aby poznać odpowiedź na to pytanie poważny rekonstruktor sięgnie do literatury specjalistycznej. Tutaj pojawia się pierwszy problem - chociaż w każdej pozycji dotyczącej średniowiecznej wojskowości jest wyszczególniona broń palna, to zazwyczaj zaledwie w kilku zdaniach. I w tych strzępach informacji dowiedzieć się możemy, że broń czarnoprochowa miała mały zasięg, nie dało się nią skutecznie celować, a ładowanie trwało wieki. Jedynym pożytkiem był tzw. efekt psychologiczny. Czyli hałas straszący ludzi i zwierzęta.

Jako rekonstruktor przez te kilkanaście lat nauczyłem się kilku rzeczy. Jedną z nich jest wiedza o tym, że średniowiecze to kwitesencja praktyczności. Słysząc opinię kończącą poprzedni akapit, pierwszą myślą jaka mi się nasuwa - skoro miało to tylko hałasować to jaki jest sens ładowania pocisku? Dlaczego nie stworzyli tylko małej wiwatówki? To bez sensu.

Idąc za ciosem powtórzę pytanie ze wstępu. Skoro broń prochowa była zupełnie beznadziejna to dlaczego w ciągu zaledwie stu lat, ręczna broń palna niemal całkowicie wyparła inne rodzaje ręcznej broni dystansowej? Z praktycznego punktu widzenia to się nie trzyma kupy. Zawsze lepsze wypiera dobre. No ale przecież tylu uczonych nie może się mylić, prawda?

Otóż może. Tak samo było z szermierką średniowieczną. Jakiś mądrala na podstawie marnych replik wykonanych trzysta (z okładem) lat później pod wpływem romantycznych wizji stwierdził, że mieczem walczyć się nie dało. Służył tylko do walenia z całej siły. Potem kilku karierowiczów powtórzyło tę opinię bez jakiejkolwiek weryfikacji i pyk. Do dziś się użeramy z takimi idiotycznymi mitami. Identycznie sytuacja wygląda z bronią palną. Jeden wymyślił bez żadnego poparcia w praktyce. Drugi powielił, a reszta poszła jak stado owiec (a w zasadzie baranów). Dobra rada w reko: nie powielamy niezweryfikowanych rzeczy.

Na szczęście pojawia się ktoś taki jak Piotr, który bierze byka na klatę (czy jakoś tak), wchodzi “all in” i mówi: “sprawdzam!”



Ręczna broń palna czyli, że co?

Chodzi o pistolety, karabiny i strzelby i takie tam. Tak sytuacja wygląda dziś i jak wiadomo, współczesna broń palna bez problemu radzi sobie z opancerzeniem średniowiecznym. Przekonał się o tym dosyć drastycznie jeden z ukraińskich bohurtowców podczas wydarzeń na Majdanie, podczas których został śmiertelnie postrzelony w swojej zbroi. Jednak pomijając tragiczne i drastyczne przykłady, możecie rzucić okiem na poniższy filmik, który bardzo ładnie wyjaśnia wszelkie wątpliwości:



A jak sytuacja wyglądała w wiekach średnich? Wiadomo, że pistoletów, karabinów i strzelb nie było. Czego zatem używali nasi przodkowie? Ze względu na budowę Piotr Chlebowicz wyodrębnił trzy główne rodzaje: rusznice, piszczele i hakownice.

Rusznice charakteryzują się tym, że są osadzone na łożu klockowym za pomocą obejm metalowych albo materiałów organicznych (jak przykładowo sznur). Nie mają wbudowanych żadnych elementów mocujących, jak trzpień czy tulejka. Egzemplarze, które je natomiast posiadają łapią się w drugiej katergorii, czyli piszczele. Natomiast wszystko co ma hak, niezależnie od innych cech, to hakownica. Absurdalnie proste, co nie? Ja kupuję ten podział.

Oprócz samych form ręcznej broni palnej warto zwrócić uwagę na to czym ta broń była ładowana oraz zasilana. Chodzi oczywiście o kule i proch. Pociski były wykonywane z kamienia, ceramiki, ołowiu, żelaza oraz - ciekawostka - szkła. Wszystkie te rodzaje amunicji mają potwierdzenie w badaniach archeologicznych (które są często jedynym źródłem wiedzy na ich temat).

Odnośnie prochu autor na podstawie przekazów, źródeł pisanych oraz eksperymentów sprawdził jakie efekty daje mieszanie w różnych proporcjach składników czarnego prochu. Nie będę się tu rozpisywał (zainteresowanych odsyłam do lektury), konkluzja jest jasna. Nawet przy sporych różnicach w proporcji, energia uwalniana przy eksplozji prochu jest porównywalna. Oznacza to, że dosyć dobry proch można było uzyskać przy sporym niedbalstwie, a nawet przy braku szczegółowej wiedzy.


Zdażały się również bogato zdobione egzemplarze.

Teoria vs praktyka

Po testach praktycznych okazało się, że pastor… że wyniki testów nie pozostawiają żadnych złudzeń i solidnie pozbawiają argumentów zwolenników teorii o niedoskonałościach broni palnej. Prezentowany powyżej filmik był pewną poszlaką naprowadzającą. Ale przecież dzisiejsza broń palna jest tak zaawansowana, a dawniej mogło być inaczej, prawda?

A tam, gówno prawda. Broń czarnoprochowa bije każdą inną na głowę. Nie bez powodu niemal całkowicie wyparła wszelkie inne rodzaje broni oraz z czasem rodzaje ochrony. Testy ze strzelnicy nie kłamią. Przede wszystkim dla każdego rodzaju amunicji rezultat był podobny. Zaznaczyć należy, że przy mniejszych kalibrach lepiej unikać kul kamiennych, gdyż pocisk może nie wytrzymać wystrzelenia. Zapewne też problem dotyczy kul ceramicznych, jednak z powodu prawdopodobnie złej technologii produkcji, wszystkie pociski wykonane z tego surowca rozleciały się przy odpaleniu. Bynajmniej dowody archeologiczne na stosowanie kul ceramicznych nie pozostawiają wątpliwości.

A teraz jedziemy z koksem. 
Zawodność
Ze średniowiecznej broni palnej nie można korzystać podczas deszczu, a nawet w trakcie mgły. Zdarzały się uszkodzenia broni podczas wypalenia, aczkolwiek trudno oszacować skalę zjawiska, gdyż brak ku temu przekazów źródłowych. Znaleziono egzemplarze z uszkodzeniami wynikającymi z niedoskonałości materiału. Na ile poważny był problem? Ciężko stwierdzić, raczej należy się skłaniać do teorii, że awaryjność broni była mała. Celowanie i odpalanie lontem o ile niewygodne tak szybko zostało usprawnione przez zastosowanie zamka lontowego, który przetrwał aż do XVIII wieku. 

Zasięg
Różni bajarze różne bajki opowiadają. Z reguły jest to znacznie zaniżona wartość kilkudziesięciu metrów. Długo się zastanawiałem jak to fajnie opisać, ale najlepszym rozwiązaniem będzie cytat:

“W warunkach przeprowadzanych badań, zasięg okazał się niemożliwy do określenia- strzelnica na której przeprowadzano badania ma 110 metrów długości całkowitej, a odległość od kulochwytu do najdalszego stanowiska strzeleckiego wynosi 100 metrów. Ze 100 metrów kula wystrzelona z hakownicy po trafieniu w kulochwyt wbiła się w wilgotny piasek na około 50 cm (ryc. 17). Kule wystrzeliwane z piszczela na tą samą odległość wbijały się w piasek nawet na 25 cm. 30 cm piasku zwykle zatrzymuje pocisk z AK-47. Tak więc można określić zasięg skuteczny na powyżej 100 metrów.”

Celność
Zerowa. Normalnie dramat. Jedynym gwarantem trafienia było odpalenie do przeciwnika z odległości nieświeżego oddechu. Potem czysta loteria. Brak przyrządów celowniczych. A jednoczesne podpalanie lontu i celowanie to już w ogóle tragedia. Znacie takie teorie?

No to zaczynając pomału, czyli krótki dystans. Dokładniej 15-30 metrów. Założenie robocze strzał plasowany - trafić w konkretną część uzbrojenia, np. kirys bądź hełm. Na krótszej części tego zakresu (tj. do 20 metrów) celność wynosiła niemal 100%. Zaledwie pojedyncze cele chybiały celu! Zaś na drugiej części średnia celność wyniosła ok. 50%. Przy czym dane zostały znacznie zaniżone przez najmniejsze cele, którymi w tym doświadczeniu były hełmy i kaptur kolczy. Zasadniczo nie stwierdzono różnicy między piszczelem a hakownicą.

Strzelanie na dłuższych dystansach. Do 25 metrów, 50 metrów i 100 metrów. Na początek hakownica oparta o pawęż. Na pierwszym dystansie celem była pawęż o rozmiarach 50 x 137 cm. Na drugiej i trzeciej odległości celem było płótno o rozmiarach 150 x 190 cm rozpięte na pryzmie (takiej hałdzie) piasku. Celność wyglądała analogicznie: 9/10; 6/10; 3/10. Skuteczność przy strzelaniu z piszczela z wolnej ręki uplasowała się następująco: ⅘; ⅗; Nie strzelano na największą odległość.

Skuteczność pocisków ołowianych
Skoro wiemy już, że trafić w cel się da i to nawet łatwo, następnym pytaniem, które należy sobie zadać jest: jak reaguje cel na trafienie? Czy zbroja może ochronić przed pociskiem? A może tarcza wystarczy? Trochę teorii na ten temat, znowu w postaci cytatu:

“W punkcie tym posługuję się po raz kolejny wynikami badań przeprowadzonych przez Ulricha Bretschera. (...) Dla piszczela z Tannenbergu w zależności od zastosowanego rodzaju prochu, przy ładunku 5 gramów - prędkość początkowa kuli wahała się od nieco ponad 300 m/s do ponad 350 m/s. Co przy wadze pocisku 25 gramów daje energię rzędu od ponad 1100 J, do ponad 1500 J! Ale już dla kuli wagi około 105 gramów, tzn. do hakownicy użytej w badaniach, gdy za górną wartość graniczną przyjmiemy prędkość początkową 300 m/s, energia kuli wynosić będzie około 4700 J! Dla prędkości początkowej 350 m/s byłoby to do około 6400 J!!! Moje obliczenia energii kinetycznej pocisków są mocno orientacyjne, obarczone siłą rzeczy dość dużym marginesem błędu, ale choć ogólnie dające pogląd z jakiego rzędu energiami mamy do czynienia. Dla porównania: energia współczesnego naboju do AK 47 to 1991 J.”

Teoria teorią, ale co z praktyką? Do testów użyto replik: pawęży, kolczugi, napierśnika folgowego białego, napierśnika płytowe oraz hełmu z wojaka. O technikaliach możecie poczytaj bardziej w książce. Ogólne założenie jest takei, by przedmioty testowane były zbliżone parametrami do średniowiecznych (jak pawęż, kolczuga, napierśnik folgowy) bądź wykonane z lepszych jakościowo materiałów niż te powszechnie dostępne w średniowieczu (hełm, napierśnik płytowy) odpowiadające lepszym jakościowo elementom opancerzenia średniowiecznego. Poniżej opisane przypadki dotyczą kul ołowianych.

Piszczel, czyli ta słabsza broń, bez problemu radziła sobie z pawężą, kolczugą, napierśnikiem folgowym. Kluczowym tutaj jest zdanie autora - “Ochrona przed ostrzałem była zerowa." Przy napierśniku płytowym kula nie dawała rady spenetrować blachy, a przez poprzednie rodzaje uzbrojenia przechodziła jak przez masło. Jednak mimo tego, kule powodowały olbrzymie spustoszenia i wgniecenia, przy których zapewne dochodziło by do śmiertelnych uszkodzeń wewnętrznych. Autor określił ochronę przed ostrzałem jako niezadowalającą. Przy testach na hełmie z wojaka zaobserwowano tendencję to ślizgania się kul trafiających cel pod ostrymi kątami, nie robiącymi większych uszkodzeń. Natomiast trafienia dobrze osadzone kończyły się zupełnie jak w przypadku napierśnika płytowego - bez przebicia blachy, jednak z wielkimi wgnieceniami zapewne prowadzącymi do śmierci 

W przypadku hakownicy, sytuacja jest następująca: “Ochrona przed ostrzałem była zerowa." To zdanie podsumowuje skuteczność tej broni względem każdego z testowanych elementów opancerzenia. Wybitnie ciekawym było jedno trafienie:

“Po przebiciu pawęży, za którą stał hełm, kula ślizgnęła się po obłości dzwonu, trafiając stycznie. Po trafieniu stycznym (!) pozostało wgniecenie 12 na 8 centymetrów, głębokości 4,5 centymetra z wyraźnie widocznym traserem kuli (...)”

Skuteczność pozostałych typów kul
A jak w przypadku innego rodzaju amunicji? Skoro mamy do czynienia z tak potężną bronią to na chłopski rozum wydaje się, że kule gliniane, szklane czy nawet kamienne mogą zwyczajnie rozlatywać się w drobny mak przy wystrzale. Jedyny sens pozostaje w żelaznych. Co wykazała praktyka? 

Kule gliniane już opisywałem wcześniej. Niestety w wyniku złego wykonania replik amunicji ceramicznej wszystkie pociski rozkruszały się w lufie uniemożliwiając wyciągnięcie jakichkolwiek wniosków o ich skuteczności.

Kule kamienne pozostawiały ślady niewyróżniające się od innych rodzajów pocisków. Każdy strzał bez problemu penetrował napierśnik folgowy. Po trafieniu pocisk rozlatywał się w pył. W przypadku piszczelu napierśnik folgowy stanowił wystarczającą ochronę, gdyż mały kaliber zostawiał “zaledwie” wgniecenia.

Kule szklane, czyli wielka niespodzianka. Po raz kolejny oddam głos autorowi:
“Pocisk przebił pawęż, pozostawiając charakterystyczną, prostokątną dziurę,uderzył w dzwon hełmu, przebił go, wyrywając fragment długości 4 a szerokości 1,5 centymetrów, a pozostałe po tym fragmenty rozkruszonego pocisku „poszatkowały” jeszcze tkaninę kulochwytu na powierzchni blisko metra kwadratowego (...)”

Kule żelazne siłę penetracyjną mają niemal identyczną do kul ołowianych. Autor wskazuje, że są bardziej humanitarne, gdyż wgniecenia powstałe w zbroi są zdecydowanie mniejsze, a sam pocisk się nie odkształca. Natomiast ten typ amunicji skraca znacząco żywotność lufy. Zarówno dla hakownicy jaki i piszczela wynik był bardzo zbliżony.



Skuteczność względem innych rodzajów broni miotających

Wiemy już jak wygląda sytuacja broni palnej. Ale czy przypadkiem łuk i kusza nie osiągają zbliżonych rezultatów, a są przy tym zdecydowanie łatwiejsze w obsłudze i tańsze w eksploatacji? 

Biorąc te same elementy pancerza i sprawdzając na łuku o naciągu 25 kg oraz kuszy 100 kg wnioski są następujące. Łuk zdecydowanie dominuje szybkostrzelnością pozwalając wystrzelić nawet do 12 strzał (obczajcie filmiki na tubie) na minutę. Kuszą o tym naciągu oddać można zaledwie jeden strzał w przeciągu minuty, co daje wynik zbliżony do broni prochowej. Tej ostatniej czas naładowania wynosi od 50 sekund do 1:20. 

Łuk sprawdzał się wyłącznie w konfrontacji z kolczugą, a więc przeciw słabo i nieopancerzonym przeciwnikom, był bezkonkurencyjny jeśli chodzi o szybkostrzelność Kusza zdecydowanie wygrywa jeśli chodzi o celność. Lepiej radził sobie z penetracją od łuku, ale była to niezbyt wielka różnica. Oczywiście możnaby uzyskać lepszą siłę przebijającą zwiększając naciąg. Odbije się to na prędkości ładowania, więc pytanie o sens jest zasadne. Broń palna, mimo gorszej celności dystansuje obie w/w bronie siłą przebicia.

Testy były przeprowadzone na strzelnicy w warunkach bezstresowych. Zatem jest zrozumiałym, że wyniki na prawdziwym polu bitwy będą zdecydowanie gorsze. Szarżująca konnica, świstające nad uchem strzały, wrzaski ginących ludzi, rżenie koni. Te czynniki mogą przyprawić człowieka o drżenie rąk i niestabilność zwieraczy. Jednak niedoskonałość czynnika ludzkiego należy pominąć w badaniach, gdyż zasadniczo można go przypisać do każdego rodzaju broni. A po drugie jest on głównie problemem nowicjuszy, niezaprawionymi w bojach.

Piszczel określana jako mini-bombarda 1390-1400

Podsumowanie

Wprawdzie nie jest to recenzja książki, tylko artykuł napisane głównie na jej podstawie. Jednak gdybym miał opisać pracę jednym zdaniem napisałbym: pozycja absolutnie obowiązkowa dla każdego rekonstruktora XIV+ wieku. Zwłaszcza część eksperymentalna rozwiewa wszelkie wątpliwości o skuteczności broni palnej. Jest to pierwsze poważne opracowanie tematu, które w skondensowanej formie (ledwo ponad 100 stron) bardzo obrazowo przedstawia temat.

Broń palna, nawet w swoich niedoskonałych początkach, posiadała przerażającą siłę ognia. Celowanie, chociaż mocno intuicyjne, to wystarczająco skuteczna, by stanowić śmiertelne zagrożenie nawet dla elity rycerstwa. O ile wcześniej posiadałem wyłącznie przesłanki ku temu, tak odkąd przeczytałem pracę Piotra Chlebowicza, mam stuprocentową pewność. W końcu nie bez kozery broń czarnoprochowa, w przeciągu zaledwie stu lat, niemal całkowicie wyparła inne rodzaje broni miotającej. Czekam z niecierpliwością na kontynuację badań.



Źródła:
Chlebowicz P. - Ręczna broń palna w średniowieczu
Göttinger MS Philos. 63 Bellifortis

3 komentarze:

  1. Odnośnie oblężenia Pyzdr. Dariusz Piwowarski w "Poczcie rycerzy polskich XIV i XV wieku", opisując Bartosza Wezemborga, podaje:
    "Jedna z wystrzelonych ze spiżowej piszczeli kamiennych kul przebiła bramę i śmiertelnie ugodziła przyglądającego się ostrzałowi Mikołaja, plebana z Biechowa. To najstarsza wzmianka o użyciu tego rodzaju broni w Polsce i jej ofiarach. (Kronika Jana z Czarnkowa). Śmierć pechowego duchownego była przypadkowa, a prymitywna jeszcze broń palna nie miała takiej zabójczej siły rażenia jak choćby kusza- zacznie się to zmieniać po roku 1420, wraz z wynalezieniem prochu ziarnistego, który ułatwiał dostęp powietrza do mieszanki wybuchowej i jej szybkie odpalenie."
    Sam fakt przebicia bramy jest bardzo wymowny.

    Pozdrawiam
    Wojciech

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż dziw bierze, że autor widząc sprzeczność przychyla się ku powieleniu obiegowej teorii. Niestety pan Piwowarski w tej samej książce zaczyna od teorii, że mieczem się walczyć nie dało...

      Usuń
  2. Nice Page, unfortunately I don't spek Polski. Cheers Andi http://www.bummsbrigade.de

    OdpowiedzUsuń